Namibia – solo terenówką przez pustynie

Oferta

W Namibii, powiedziałbym „jedną nogą”, byłem pierwszy raz w 2013r., podczas krótkiego
safari w Parku Narodowym Chobe – na styku Zimbabwe, Botswany i Namibii. Co prawda, w tym
rejonie, jest ona zgoła inna, niż na pozostałym obszarze, gdyż sporo tu zieleni, wody, a temperatura
to znośne 25-30st. C. Odbyłem wtedy długą rozmowę z Josephem – naszym trooperem (to taki gość,
co z leżącej na drodze kupy wyciągnie informacje m.in. o płci, wieku, stanie zdrowia i kierunku
podążania zwierzęcia), który opowiedział mi o bezkresnych, rudawych piaskach, niewiarygodnie
błękitnym niebie, najpiękniejszym nocnym sklepieniu i przeraźliwie brzmiącym Skeleton Coast. Wtedy
zrozumiałem, że chcę to zobaczyć!
Panie i panowie, przelatujemy właśnie nad kanionem Fish River, drugim największym na
świecie – słyszę z głośnika w samolocie lecącym z Kapsztadu do Windhuk. Jest kwietniowy poranek
2016r., a ja ląduję w stolicy Namibii. Dwa najlepsze sposoby na eksplorację tego dużego, pustynnego
kraju to: wygodniejszy – pociągiem „Duma Afryki”, który niczym afrykański Orient Express, przez 14
dni wiezie nas z Kapsztadu na północ Namibii, oczywiście z codziennymi przystankami na zwiedzianie
(www.dumaafryki.pl); lub kilka gwiazdek niżej, ale bardziej niezależnie – autem 4×4. Ja wybrałem ten
drugi. W wypożyczalni czeka więc na mnie Toyota Hilux – zabudowany pick-up z rozkładanym na
dachu namiotem. Gość imieniem Kagumbo, prezentuje mi wyposażenie auta. Mam tu wszystko czego
potrzeba na „self-drive” po pustyni i buszu. Jest kuchenka gazowa, zestaw garów, rozkładany stół z
krzesłami, dwa zapasowe koła, telefon satelitarny oraz podwójny bak paliwa o pojemności bagatela
170l. Odrobiłem lekcje i wiem, że w Namibii jest niewiele stacji paliw, a jeszcze mniej dróg
asfaltowych. Nad wytapirowaną głową Pani z biura, gdzie przychodzę odebrać kluczyki i dokumenty,
wisi spora gablota pt. „Wall of Shame”. Pełno na niej zdjęć rozbitych samochodów, a pod spodem
napis „max 80km/h”. Tyle wynosi wynosi bezpieczna prędkość na drodze szutrowej. Kto tego nie
przestrzega, często kończy dachowaniem.
Dobra, wsiadam, ruszam. Trzeba zrobić zakupy na kilka następnych dni. Jadę do supermarketu, gdzie
popełniam pierwszy błąd. Na wjeździe na parking podziemny, uszkadzam poszycie namiotu
zawadzając o sufit. Na pomoc przybiega strażnik i kilku klientów. Spuszczamy powietrze z opon i
pomagają mi w manewrach. Po wszystkim robię zakupy i wyjeżdżam z miasta, żegnając urbanizację
na jakiś czas. Pierwszy przystanek to wspomniany kanion Fish River. Mam do przejechania 500km. Na
kemping docieram już po zmroku, ale rozłożenie namiotu zajmuje jedynie pięć minut, a na dach
raczej nic w nocy nie wpełznie. Nie powinno. Przygotowując kolację patrzę w niebo i niedowierzam,
że Droga Mleczna, jasna cholera, tutaj wydaje się być tak blisko. W promieniu kilkuset kilometrów nie
ma żadnych większych miast, których światło mogłoby zanieczyścić nocne niebo.
Rano, po kwadransie jazdy, docieram na skraj kanionu. Jest wielki. Bez wątpienia to cud natury.
Rozciąga się na długości 160km i ma kilka do kilkunastu kilometrów szerokości. Schodzę w jego
otchłań, staram się uchwycić ten ogrom w kadrze i zastanawiam się jak to możliwe, że ta mała
niteczka na dole, którą jest rzeka Fish River, wydrążyła coś tak niesamowitego. Słońce już prawie w
zenicie, pali skórę! Pora ruszać dalej, aby przed zmrokiem dotrzeć na pustynię Namib – najstarszą na
świecie. Jadąc szutrową i wyboistą drogą klasy B (klasy są od A do E więc to prawie tutejsza

autostrada) osiągam wspomniane 80km/h i nagle słyszę dziwny dźwięk, jakby łopotanie flagi na
wietrze. Zatrzymuję się i zerkam na dach. Stało się to, czego się obawiałem. Uszkodzone poszycie
namiotu zaczęło się pruć. Zszyję to, pomyślałem. Idzie bardzo opornie, bo gruby nylon nie tak łatwo
daje się przebić zwykłą igłą. Wtedy w oddali zauważam kłęby kurzu. To zbliżający się samochód, które
w Namibii widać już z odległości kilku kilometrów. Zatrzymuję go i pytam siedzącą w nim parę, czy nie
mają nylonowej taśmy klejącej. Bingo! Po krótkiej chwili jedziemy już na dwa auta. Robert i Iris, para
Anglików koło trzydziestki, już od pół roku podróżuje po Afryce południowej, a dziś nasza trasa się
zbiegła – jedziemy razem do Sesriem, małego miasteczka na pustyni Namib. Podczas pięciu godzin
jazdy, mijamy zaledwie dwa samochody. Towarzyszą nam jaskrawe, pomarańczowe piaski, złocisto-
brunatne góry, absurdalnie błękitne niebo i gdzieniegdzie przebiegające przez drogę antylopy.
Rzeczywistość wygląda jak podrasowana w Photoshopie. Dotarłszy do Sesriem, idziemy wcześnie
spać – musimy wstać nad ranem. W nocy słyszę jak coś lub ktoś rozrabia na pace mojego samochodu,
którą zapomniałem zamknąć. Wychodzę z namiotu, zapalam czołówkę… To wygłodniały kojot
wylizuje brudne talerze po kolacji.
Jest 3:30 nad ranem, wszędzie czarno jak smoła, a my ruszamy za sznurem świateł. To pozostałe
samochody, jadące podziwiać wschód słońca nad Sossusvlei – wyschniętym jeziorze na środku
pustyni. Piaszczysta droga wiedzie przez majaczące w półmroku wielkie rudawe wydmy, osiągające
do 400 metrów wysokości! Trudy jazdy w głębokim piachu wynagradza nam piękny wschód słońca i
zjazdy na tyłku z wydm. Jednak największe wrażenie robi Dead Vlei, kolejne wyschnięte jezioro,
wielka biała plama na pomarańczowej pustyni z wyrastającymi czarnymi, wyschniętymi drzewami –
widok iście kosmiczny! O godzinie dziesiątej robi się 40st. C. Pora pożegnać towarzyszy i ruszyć dalej,
nad Ocean.
Następnego dnia przystaję na noc w miasteczku Swakopmund, aby wyruszyć dalej na północ wzdłuż
Skeleton Coast. Po drodzę zaliczam jazdę quadami po wielkich wydmach (najwyższa „Dune 7” ma
ponad 500 metów wysokości!) oraz Sandboard, czyli zjazd na desce po piasku. Moim kolejnym celem
jest góra Brandberg i znajdujące się na jej zboczach jaskinie z buszmeńskimi malunkami sprzed pięciu
tysięcy lat. Po drodze zabieram autostopowiczkę – Elisę z Hiszpanii, albo jak to ona woli, z Katalonii.
Dziewczyna sama podróżuje po Afryce od ośmiu miesięcy, śpiąc u ludzi w gościnie i przemieszczając
się głównie autostopem (da się?!). W Namibii sporo jest podróżników i jak przystało na wyludnioną
krainę, ludzie chętniej zawierają znajomości.
Rano docieramy razem do Brandberg Mountain, która w świetle wschodzącego słońca jest jaskrawo
czerwona i przypomina powierzchnie Marsa. Po godzinie trekingu dochodzimy do jaskiń z malunkami.
Najsłynniejszy nosi nazwę White Lady i przedstawia tańczącego wśród zwierząt Buszmena, co
ciekawe – mężczyznę. Elisa chce iść wyżej w góry, a ja mam wątpliwości, bo nie znamy terenu, a nasz
„przewodnik” Johny okazuje się po prostu parkingowym. Hiszpanka pokpiwa, że jestem zbyt
rozważny no i po chwili maszerujemy już w górę. Nasze plany jedno- maksymalnie dwugodzinnego
trekkingu na szczyt szybko biorą w łeb, bo droga okazuje się prowadzić przez wielkie głazy i szczeliny,
a Johny na każde pytanie odpowiada „yes, that’s fine”. Po czterech godzinach w piekielnym upale
docieramy na szczyt. Radość, fotki, uściski no i pora na dół – nie ma czasu, ani więcej wody do picia.
Johny proponuje inną, wg niego krótszą drogę, ale po godzinie, na moje pytanie gdzie dalej, rozkłada
ręce i kładzie się w cieniu. Resztę drogi idziemy na tzw. azymut, zsuwając się po skałach i
przeskakując jak kozice po głazach. Na dół docieramy tak wycieńczeni, że próbując za szybko pić
wodę, mam odruchy wymiotne. Tak się kończą męskie ambicje podsycone chęcia zaimponowania

kobiecie! Postanawiamy z Elisą odbić sobie trudy tego dnia i szarpnąć się na lepsze spanie w
pobliskim miasteczku. Znajdujemy kameralny resort z małymi bungalowami. Łazienka w pokoju,
prawdziwe łóżko i śniadanie w restauracji – proste rzeczy, a jakże cieszą na pustyni.
Przed nami ostatni etap podróży na północ, a na jego końcu Park Narodowy Etosha. Docieramy na
miejsce, które niczym oaza, wita nas zielenią drzew i afrykańskimi zwierzakami znanymi z programów
przyrodniczych. Wjeżdżamy do parku i co ważne, nasze safari, zwane również „game drive”, możemy
odbyć na własną rękę naszym samochodem. Nie jest to co prawda Serengeti w Tanzanii, ale mamy
pełną swobodę poruszania się po Parku i nikt nam nie mówi, że mamy grzecznie siedzieć w
samochodzie. Tuż przed zachodem słońca, gdy robi się nieco chłodniej, zwierzęta stają się bardziej
aktywne i udaje się nam, oprócz słoni, żyraf i antylop, wypatrzeć skradającego się lamparta. Noc
spędzamy na kempingu wewnątrz Parku, gdzie co chwilę dają się słyszeć odgłosy nocnego życia
zwierząt.
O poranku, wzmocnieni afrykańską czarną kawą, odwiedzamy lokalną wioskę plemienia Himba,
którzy już nieco skomercjalizowani, próbują nam sprzedać swoje rękodzieła. Kupujemy po masce z
drewna hebanowego, przybijamy piątkę i rozjeżdżamy się każde w swoją stronę – ja z powrotem do
Windhuk, aby złapać popołudniowy lot do Johannesburga.
Ta krótka, zaledwie dziewięciodniowa podróż, wniosła bardzo dużo do mojego podróżniczego bagażu
doświadczeń, a sama Namibia myślę, że pozostanie w czołówce moich ulubionych miejsc na Ziemi.
Jeśli lubicie taki styl podróżowania, cenicie sobie niezależność, a równocześnie nie chcecie jechać i
organizować wszystkiego samemu, to zapraszam do kontaktu – prowadzę różne projekty podróżnicze
i pomagam w zorganizowaniu wyjazdów w wiele zakątków świata. Podobny wyjazd w grupie do 10
osób odbędzie się w kwietniu 2018 roku. Zapraszam na www.travelme.pl Tel. +48 664 554 445